Sunday, 15 June 2014

Years Ago, In June



There are moments in life, most mundane, that with time become most vivid in one's memory, and most treasured too.

I saw my granny for the last time two weeks before she died. I spent a weekend with her at her farm, which was my usual fortnightly visit there. On Saturday my mum was going to a high school reunion and granny and I assisted her with her dressing up for the party. I was seventeen at the time and granny was seventy six and we both thought my mother’s new powder pink dress beautiful.

It was a gorgeous mid-June afternoon, sunny and clear, with light yellow butterflies (we used to call them lemon butterflies) making the flower garden flutter with colour and fragrance. And the garden was lush: marguerite daisies and sweet peas were blooming in the shade by the fence, peonies, irises, carnations and lilies in the centre. We were drinking rhubarb compote made from freshly cut stems and picking up first strawberries.

After my mother had left for the party, granny and I jointly swept the ground in the back yard and the bit of asphalt road in front of the house, using old fashioned brooms made out of bunches of birch twigs; brooms that I only ever saw in the Polish countryside. It was very important to tidy up the living environment before Sunday.

Then we went on a short ride around the area in my father’s old diesel Ford. We drove through the neighbouring villages to the forest and fields. What we were talking about I can’t recollect; what I remember is the sheer joy of bumping up and down on the uneven field roads, feeling warm evening breeze that was bringing in the scent of fresh hay, pine needles, and finally and alluringly, jasmine. That sheer, consciously unregistered joy of being together.

After the ride granny and I fulfilled another important tradition: we baked a strawberry cake. Strawberry - because there were lots of these fruits in the garden, and cake - because getting a cake ready for Sunday was a must in my granny’s house.

The next day, when I was saying goodbye to granny, I caught a reflection of us two in the hallway mirror. She looked so tiny next to me, as long and lean as a poplar. Was she gradually and quietly shrinking while I was busy growing up?

My granny died two weeks later. I didn’t come to my due fortnightly visit at hers because it was already a summer holiday and I went to the seaside with a group of friends. When I got a message that she was ill I packed my rucksack, jumped on a train but I was too late. My granny had died in a hospital before I managed to arrive by her bed.

***

Są takie momenty w życiu, jak najbardziej zwyczajne, które najwyraźniej zapadają w pamięci, a z upływem czasu stają się bezcenne jak stare fotografie lub listy.

Widziałam moją babcię po raz ostatni dwa tygodnie przed jej śmiercią. Miałam w zwyczaju co drugi weekend spędzać w jej domu na wsi i to był weekend odwiedzin. W sobotę moja mama szła na licealne spotkanie po latach, więc babcia i ja asystowałyśmy jej w przygotowaniach do imprezy. Ja miałam siedemnaście lat, babcia siedemdziesiąt sześć i obie uważałyśmy, że nowa, pudrowo różowa suknia mamy jest piękna.

Było cudowne czerwcowe popołudnie, słoneczne i przejrzyste. W ogrodzie pachnącym od kwiatów - margerytek, słodkiego groszku, irysów oraz piwonii, i furkoczącym od wszechobecnych motyli - cytrynków, piłyśmy świeży kompot z rabarbaru i zrywałyśmy pierwsze truskawki. 

Późnym popołudniem, kiedy mama już wyszła, zamiotłyśmy z babcią podwórko za domem oraz odcinek asfaltowej drogi biegnący wzdłuż naszej posesji. Używałyśmy do tego staroświeckich miotełek zrobionych z brzozowych witek, mioteł jakie zdarzyło mi się widzieć tylko na polskiej wsi. Porządkowanie otoczenia przed nadchodzącą niedzielą było w zwyczaju i dobrym tonie.

Następnie wybrałyśmy się na krótką przejażdżkę po okolicy starym dieslem mojego taty. Mijając sąsiednie wsie, skierowałyśmy się w stronę pól i lasów. Nie przypominam sobie, o czym rozmawiałyśmy, pamiętam tylko niczym nie zmąconą przyjemność, gdy samochód raz po raz podskakiwał na wyboistej polnej drodze, a my wdychałyśmy zapach to świeżego siana, to sosnowych igieł, to znów odurzającego jaśminu... Prostą przyjemność z bycia razem, nie uświadomioną i nie wyartykułowaną.

Po wycieczce upiekłyśmy razem ciasto z truskawkami. Z truskawkami - bo akurat na nie był sezon w ogródku, ciasto - bo w domu mojej babci nie mogło być mowy o niedzieli bez ciasta.

Następnego dnia, gdy się żegnałyśmy, kątem oka uchwyciłam odbicie nas obu w lustrze w korytarzu. Babcia była taka malutka w porównaniu do mnie, wysokiej i szczupłej jak topola. Czyżby się stopniowo i po cichutku kurczyła, kiedy ja zajęta byłam dorastaniem?

Moja babcia zmarła dwa tygodnie później. Nie przyjechałam wtedy ze swoją codwutygodniową wizytą, bo były już wakacje i wyruszyłam z grupą przyjaciół nad morze. Gdy dostałam wiadomość o babci chorobie, spakowałam plecak i wskoczyłam do pociągu, ale było za późno. Moja babcia zmarła w szpitalu zanim zdążyłam się z nią zobaczyć.









Sunday, 4 May 2014

I like lilac



The air is perfumed with the scent of lilac. Magnolia, rhododendron and forsythia have already had their days of flowering glory and now, in the turn of April and May, it's all about lilac. In this town almost every garden has a lilac tree which makes the whole blooming affair so much powerful. In each garden white or lilac or purple flowers infuse the air with sweet fragrance, fragrance as heavy as the bunches that the flowers grow clustered into. The scent is so strong, you really don't need your sense of sight to be able to notice lilac's seasonal omnipresence. Early in the morning, when the air is cool and moist with the falling fog, you could walk alongside one of the residential streets with your eyes shut and still be sure of the clouds of lilac enveloping the whole area.
I like lilac. A lot.

***

Powietrze uperfumowane jest zapachem bzu. Magnolia, rododendron i forsycja miały już w tym roku swoje pięć minut rozkwitu, teraz przyszła pora na bzy. W tym mieście w prawie każdym ogródku rosną krzewy bzu, co czyni cały ten kwitnący biznes tak bardzo uderzającym. Odurzającym nawet. W każdym ogrodzie białe, liliowe albo purpurowe kwiaty przepełniają powietrze słodką wonią, wonią tak ciężką jak bzowe kiście. Zapach jest mocny, aby dostrzec sezonową wszechobecność bzu, nie trzeba patrzeć, wystarczy czuć. Wczesnym rankiem, gdy powietrze jest chłodne i wilgotne od opadającej mgły, można by z zamkniętymi oczami przejść się wzdłuż jednej z willowych ulic - świadomość bzowej chmury nad miastem nas nie opuści. 
Lubię bez. Bezwarunkowo.

Saturday, 23 November 2013

Her name is Melancholia



Her name is Melancholia and I'm no Little Miss Sunshine, so we get along well. We usually bond between November and February, then she starts fading away, and I regain some sharpness of thought and action. According to some scientific data, or maybe it's the old wives' wisdom indeed, meteorological conditions can greatly influence psychological ones. Thus, when cold dark months enter our Northern hemisphere, Melancholia may enter our brains (their right hemispheres surely, as my careless common knowledge suggests).

I gladly believe this theory. She, Melancholia, doesn't care.

***

Ona ma na imię Melancholia, a ja nie jestem żadnym Wiecznie Radosnym Promyczkiem, więc dogadujemy się z sobą całkiem nieźle. Zazwyczaj jesteśmy razem od listopada do lutego, później ona zaczyna jakby blednąć i znikać, a ja nabieram kolorytu oraz energii w słowach i czynach. Istnieją chyba badania naukowe - a może to zwykła mądrość ludowa - które dowodzą, że stan pogodowy ma wpływ na stan umysłu. Tak więc gdy zimne i ciemne miesiące opanowują półkulę północną, Melancholia opanowuje umysły niektórych z nas (a raczej nasze prawe półkule mózgowe, jak mi tu podpowiada moja beztroska wiedza ogólna). 

Ja tej teorii chętnie wierzę. Jej, Melancholii, jest wszystko jedno.






Thursday, 14 November 2013

Postcards from the everyday



The routine creeps in sneakily.

After a relocation your life seems to be turned upside down; it stands on its own metaphorical head in a wobbly, uncontrollable manner. There is no way you can feel settled until the last box of stuff is unpacked, the last item of possesion stacked in the right place and until furniture in the rented room is moved according to your own personal feng shui sensibility, that is to your liking. Then and only then can you properly start getting accustomed to the new house, new job and new town altogether.

And days pass, as days do. There comes a morning when nothing is so new any more. You barely notice this change, for it's been happening smoothly, seamlessly, along with the emergence of your new daily routine.

Every weekday the same bus service takes you to work, from the same stop, at the same hour am. On the bus, a few once unfamiliar faces smile at you in a friendly sign of recognition. The brisk walk from the bus stop to your workplace always takes seven minutes: you walk on the same side of the road and take a shortcut across the lawn. Only leaves on the trees change colour into deeper and deeper displays of yellow, red and brown. Only grass changes from lush green to soggy mud to stiff surface covered with a white film of frost. Only your thoughts circle around different subjects and ideas...

In the afternoon the same bus service takes you back home. Late afternoons and evenings may be more variable than mornings but still, you're likely to repeat paths that you've already stepped upon. That's routine for you, the ruler of your weekday geography.

Taming unfamiliar into familiar, even for the price of being routinised on a weekday basis has its nice sides. You discover and you get attached to what you consider worthwhile.

The sea. In the business of your routine you easily forget its immediate physical closeness. But it's always there, around the corner, down the street. And you always end up on its shore, eventually, when the routine ceases to boss you around at the end of the week.

The sea, like a big, deep breath, revitalising.

***

Rutyna wkrada się niepostrzeżenie.

Po przeprowadzce twoje życie jest wciąż przewrócone do góry nogami i chybocze się na wszystkie strony w sposób trudny do opanowania. Nie może byc mowy o poczuciu zadomowienia, dopóki nie rozpakujesz ostatniego pudła z dobytkiem, dopóki nie upchniesz w odpowiednim miejscu ostatniego przedmiotu oraz dopóty nie przemeblujesz wynajętego pokoju według własnego, osobistego poczucia feng shui, to jest wedle własnego widzimisię. Wtedy i tylko wtedy możesz naprawdę rozpocząć proces oswajania nowego domu, nowej pracy, nowej przestrzeni.

A dni, jak to dni, mijają. W końcu przychodzi poranek, kiedy nic już nie wydaje się takie nowe. Ale tę zmianę akurat ledwo zauważasz, bo zachodzi ona stopniowo, po ugruntowaniu twojej nowej cotygodniowej rutyny.

Codziennie od poniedziałku do piątku ten sam autobus zabiera cię do pracy, z tego samego przystanku, o tej samej porannej godzinie. W autobusie kilka twarzy, jeszcze niedawno nieznajomych, uśmiecha się po sąsiedzku na twój widok. Energiczny spacer z przystanku do miejsca zatrudnienia zajmuje ci siedem minut: idziesz zawsze po tej samej stronie ulicy i robisz skrót przez duży trawnik. Tylko liście na drzewach zmieniają się, intensywniejąc jesiennym kolorem. Tylko trawnik czasem porasta soczystą zielenią, czasem podmaka błotem, to znów zastyga pod cienką warstewką szronu. I tylko twoje myśli oscylują wokół coraz to innych tematów...

Po południu ten sam autobus zabiera cię z powrotem do domu. Późne popoludnia i wieczory bywają bardziej zróżnicowane niż poranki, ale i tak raczej na pewno będziesz powielać ścieżki, które już wcześniej wydeptałaś. Tak oto rutyna, władczyni mało ustępliwa, wyznacza geografię twojej codzienności.

Oswajanie nowego otoczenia ma swoje bezsprzeczne uroki, nawet za cenę bycia zrutynizowaną. Uważniej rozglądasz się dookoła i odnajdujesz miejsca, o których wkrótce możesz pomyśleć 'moje'.

Morze. W zgiełku codziennych spraw łatwo zapominasz o jego fizycznej bliskości. A ono zawsze jest niedaleko, tuż za rogiem, ulicą w dół. Zawsze jednak, prędzej czy później, trafiasz na jego brzeg. W końcu tygodnia, gdy rutyna przestaje zarządzać twoim czasem i twoim kompasem.

Morze, głeboki oddech i wytchnienie.






 




Sunday, 10 November 2013

What never ceases to amaze us? Animals! Animals!






When my parents visited me in Edinburgh for the first time, they were very excited to see... grey squirrels scampering madly across the Botanical Gardens. Everyone knows that European squirrels are red, but in Britain many things are clearly either inverted or distinct: taps for cold and hot water are separate, some things still get measured in yards rather than meters, and the traffic runs on the left hand side. No wonder then, grey squirrels! It was explained to my parents that these were North American squirrels, more successful on the British Isles than their now endangered red cousins. The charm of novelty was strong, and my mum and dad loved grey squirrels all the same. To be sure, I'm rather fond of them too, but I miss the sight of tiny nut eaters with red brushes and white bellies... The sight that once used to be common to me and always equally joyous.

The joy of spotting wild animals, the delight in observing their behaviour, the curiousity to learn about their habitat - all these I must have acquired from my parents by sheer osmosis. It began in early childhood, with ever so excited counting - usually out of a car window - of deer and hares that commonly fed on the fields of Polish countryside. This activity used to keep me and my brother interested while travelling and prevented many sibling arguments in the back seats of the car. There was also observing bats flitting in the summer evening sky, hedgehogs in autumnal gardens and feeding bullfinches and blue tits in the winter.

Recently someone told me that her friend once met the Dalai Lama. As she announced this, she made a short meaningful pause which was full of admiration and delight, and her facial expression indicated the anticipation of me getting impressed. I am absolutely sure that my tone of voice and body language signal exactly the same messages when I tell people that I once saw a real salamander in the wild, for I can't help being proud of this as if it was some kind of personal achievement. It happened on a cool damp morning in the south Polish hills. I walked up the steep moist path and there she was, this lizard-shaped amphibian, black with characteristic yellow patches, there she was in her full glory!

On the other hand, for a long time I pitied myself for not having seen seals in the wild, up until my wish came true in abundance one day on the west coast of Scotland, and that was a real treat. To emr seals were nothing new (though still amazing), but he had never seen a wild boar, something very familiar to me. I deeply sympathise with mr e for the wild boar absence in his life and make mental plans to try and change this state of affairs at some point.

One of my biggest dreams is to visit Africa. To feel that soil under my feet, that sun on my skin, to breathe that hot air. And to see animals, of course. I'm always keen to visit zoos (the most amazing that I saw was in Cologne, the most upsetting - because rather neglected - in Odessa, the cutest, small but beautifully laid out - in Krakow), wild animal rescue sanctuaries, reptile centres and aviaries.

Thus, my awe at animals is still as strong as the child's who I once was. I think that looking at animals, be it staring at a caterpillar on a meadow or laughing at playful chimps in a rescue centre wakes up that child within me, allows me to get a momentary connection and recreation of the lost feeling of pure joy and happiness.

When I asked this little boy who had just come back from Kenya what the most amazing animal that he saw there was, he said decidedly: "A donkey". As a responsible grown up I didn't exhibit the feeling of disappointment that approached me at first, but everything within me was screaming: "A donkey?! And what about elephants? Giraffes and zebras? Monkeys at least?!". But then I looked at him, his expression softened, his eyes dreamy, his mouth bent in half smile. Perhaps he was recollecting the softness of his donkey friend's ears, the velvety touch of its muzzle... I nodded my head. I understood.

***

Moi rodzice, podczas swojej pierwszej wizyty w Edynburgu, byli zauroczeni szarymi wiewiórkami, które harcowały jak szalone w Ogrodzie Botanicznym. Jak wiadomo, w większości Europy wiewiórki są rude, ale w Wielkiej Brytanii wiele rzeczy albo się wyróżnia albo jest na opak: krany od gorącej i zimnej wody montuje się oddzielnie, odleglość mierzy się często w jardach, a nie w metrach, a ruch uliczny jest lewostronny. Nic więc dziwnego, że wiewiórki są tu szare! Moi rodzice szybko się dowiedzieli, że te szare to odmiana z Północnej Ameryki, która w dużej mierze wyparła na Wyspach swoje rude kuzynki. Mimo to, rodzice wciąż byli zachwyceni szarymi wiewiórkami, czemu zresztą wcale się nie dziwię, bo także bardzo je lubię. Ale jednocześnie tęsknię za widokiem orzechożerców o rudych kitach i białych brzuszkach. Widokiem, który kiedyś był dla mnie czymś pospolitym lecz zawsze jednakowo radosnym.

Przyjemność z obserwacji dzikich zwierząt, ciekawość by poznawać ich obyczaje - musiałam tego zaczerpnąć od moich rodziców, najpewniej poprzez osmozę. Zaczęło się chyba w głębokim dzieciństwie, od liczenia - zazwyczaj z okien samochodu - napotkanych na przydrożnych łąkach i na skraju lasów saren i zajęcy. Zabawa ta zapewniała mi i mojemu bratu moc wrażeń podczas podróży, a rodzicom święty spokój, bo obywało się wtedy bez bratersko-siostrzanych kłótni. Było jeszcze pokazywanie sobie nietoperzy latem o zmroku, tropienie jeży w jesiennych ogrodach, a zimą dokarmianie zięb i sikorek.

Niedawno koleżanka opowiadała mi, że jej szef spotkał kiedyś Dalai Lamę. Po oznajmieniu takiej nowiny, koleżanka zamilkła na chwilę w nabożnym skupieniu, a wyraz jej twarzy zdradzał pewność mojego nad tym faktem zachwytu. Założę się o cokolwiek, że mój własny ton głosu i gesty wyrażają takie same emocje, gdy opowiadam komuś, że napotkałam kiedyś prawdziwą salamandrę. Zdarzyło się to w górach, w chłodny, wilgotny poranek. Szłam stromą grząską ścieżką i nagle ją ujrzalam: czarną, w charakterystyczne żółte plamy, jaszczurkopodobną płazią piękność! Nic nie poradzę, że jestem dumna z tego zdarzenia tak, jakby była w tym jakaś moja osobista zasługa...

Z drugiej strony, przez długi czas czułam się okropnie pokrzywdzona, bo nigdy nie miałam okazji zobaczyć fok w ich naturalnym środowisku. Pewnego pięknego dnia jednak, na zachodnim wybrzeżu Szkocji, moje życzenie spełniło się i było to coś naprawdę wyjątkowego. Dla emr foki, choć zachwycające, nie były niczym nowym, ale on z kolei nigdy nie widział dzika, czego mu zresztą bardzo współczuję i planuję, jak zmienić ten stan rzeczy.

Jednym z moich największych marzeń jest odwiedzić Afrykę. Poczuć zaschniętą ziemię pod stopami, gorące słońce na skórze, oddychać rozgrzanym do ostateczności powietrzem. Oraz zobaczyć zwierzęta, oczywiście. Póki co, nigdy nie pozostaję obojętna wobec miejsc takich jak zoo (najwspanialsze w jakim byłam, to to w Kolonii, najsmutniejsze - bo raczej zaniedbane - w Odessie, a najbardziej urocze, małe lecz pięknie położone, w Krakowie), ochronki dla odratowanych dzikich zwierząt, centra gadów i płazów, akwaria oraz ptaszarnie.

Mój zachwyt nad dzikimi zwierzętami pozostaje tak samo mocny, jak u dziecka, którym kiedyś byłam. Jest chyba tak, że przyglądanie się zwierzętom, nieważne, czy jest to gąsiennica na łące czy odratowane szympansy bawiące się w ochronce, pozwala mi odnaleźć w sobie - na moment - zagubioną na codzień, dziecięcą bezgraniczną radość.

Kiedy zapytałam znajomego małego chłopczyka po jego powrocie z Kenii, jakie było najwspanialsze zwierzę, które tam widział, odpowiedział mi zdecydowanie: 'Osioł'. Jako odpowiedzialna dojrzała osoba nie okazałam rozczarowania, ale wszystko we mnie krzyczało: "Osioł?! Jak to osioł?! A słonie? Zebry i żyrafy? Małpy przynajmniej?!". Lecz wtedy zobaczyłam rozmarzony wyraz twarzy chłopca i usta wygięte w delikatnym półuśmiechu. Pewnie przypominał sobie właśnie miękkie uszy swego przyjaciela osła i dotyk jego aksamitnego pyska. Pokiwałam głową. Rozumiałam go.









Thursday, 5 September 2013

E for... my love E



So far, the wind has been blowing my life in such a way that I never happened to live in one little village, town or city for longer than six years. Except for E. With E, the duration of my dwelling reached a record number of seven years.

Seven happy years these were, though my love affair with E goes back even further into the past. I had been visiting and leaving the city on a number of occasions before finally settling there. This makes it all together... ah, eleven years of an intimate relationship! My affection for E was instant and constant and I have reasons to believe that it was mutual too, as the city always treated me kindly.

Recently the wind blew my life in a new direction and so change was inevitable: I had to leave. It wasn't about E, it was about me. And so I moved to another location within this big island. My move went neatly, diagonally, far down to the southern shores. At the moment I remain in a newcomer's awe of the blueness of the sea here, of the sandiness of the beaches and of the simple fact that I can still make use of my summer dresses, even though it's September now. But nevertheless, me and E - that's something special, we'll always be very close. I'll be coming back there, as it will always make me feel welcome. Somehow I'm certain of this.

What did I leave behind? My favourite places, from acres of greenery spreading out over the volcanic rocks to the best cinema in the world, just to be brief and mention these two. The forever unfinished tram works. Cold breeze in the air that the locals like to call 'fresh'. People speaking with beautiful hearty accents. Dear old friends. My bike.

Edinburgh, E - you are my chosen one, regardless the direction the wind blows.

***

Jak dotąd w moim życiu wiatry tak zawiewały, że nie mieszkałam w żadnej miejscowości dłużej niż przez sześć lat. Jedynym wyjątkiem jest E, gdzie okres mojego stałego pobytu osiągnął rekordową liczbę siedmiu lat.

Było to siedem szczęśliwych lat, ale mój romans z E sięga jeszcze bardziej odległej przeszłości. Zanim na dobre się tu osiedliłam, wyjeżdżałam stąd i wracałam kilka razy. To daje w sumie... ach, jedenaście lat poufnego związku! Moje uczucie do E było natychmiastowe oraz niezmienne i mam powody by sądzić, że było ono także odwzajemnione, bo E zawsze traktował mnie serdecznie.

Ostatnio wiatry znowu zawiały i zmiana okazała się nieunikniona. I nie chodziło tu o E, chodziło o mnie. Przeprowadziłam się więc do innej miejscowości na tej samej dużej wyspie. Przeniosłam się ładnie, po przekątnej, w dół aż na południowe wybrzeże. Jako typowa nowoprzybyła, jestem ostatnio pod ciągłym wrażeniem niebieskości tutejszego morza, sypkości piasku na plaży oraz prostego faktu, że wciąż mogę nosić letnie sukienki, chociaż jest już wrzesień. Lecz mimo wszystko - E i ja to jednak coś wyjątkowego. My na zawsze pozostaniemy najbliższymi przyjaciółmi. Ja zawsze będę do niego wracać i zawsze w jego otwarte ramiona. Nie wątpię w to.

Co zostawiłam za sobą, razem z E? Ulubione miejsca, począwszy od połaci zieleni porastających powulkaniczne skały, na najlepszym kinie świata skończywszy. Nigdy nie kończącą się budowę linii tramwajowej. Lodowatą bryzę w powietrzu, którą tubylcy nazywają 'rześka'. Mowę o pięknym choć trudnym akcencie. Starych, dobrych przyjaciół. Ukochany rower.

Edynburg, E - mój na zawsze wybrany, bez względu na kierunek wiatrów.

Saturday, 17 August 2013

The Butterfly Collector



Our rural Swedish holiday. An IKEA-style wooden house in the south-east corner of Skane region. A garden full of buzzing insects, chattering birds and quietly tiptoeing hedgehogs. Fields of golden wheat, red cabbage and green onions spread out to the horizon. On the horizon – the Baltic Sea.

The sea here is shallow for miles off shore and in this year's hot weather it's as warm as soup. The shore is mainly overgrown with reeds, and beaches are scarce. Instead you can find wooden mini piers, leading for a few meters into the water.

One evening we take our usual wander to the nearby pier. As we approach the shore via a sandy road, we notice some peculiar activity on the boggy meadow. A portable generator is buzzing like a giant bumble bee and provides electricity to the bright lamps situated at several points along the field. White linen sheets and odd little piles of egg boxes rest under the lamps. Astonished, we come forward.

An elderly man is sitting at a picnic table. After brief small talk we find out: he is a Butterfly Collector. We are truly intrigued and so keep pitching him questions. Then we are sitting at the picnic table too, sipping black coffee out of the Butterfly Collector's flask.

He's been collecting butterflies since he was thirteen. He drove 200 km just to be in this particular spot near our house, to spend the night waiting for this particular kind of night butterfly. He brings a book from his car and shows us a picture of the butterfly he is after. It's small, grey and utterly undistinguished. We look at other butterflies in the book and the Butterfly Collector, in his melodic Swedish accent, unfolds a story for each butterfly that takes our fancy.

In Swedish, 'butterfly' is 'fjäril'. There are over 100 day species in Sweden and over 800 night ones. 'Are these night butterflies moths?', asks mr e. 'Well. It depends how you define a moth', the Butterfly Collector shrugs his shoulders impatiently. We sense that the problem of defining a moth bears heavy undertones of some sensitive ontological argument, so we quickly abandon the subject.

In the end, the Butterfly Collector says that he has a gift for me. He opens his book again and points to a picture of a white and blue butterfly. 'This one doesn't feed on pollen. It likes the fermented juices of willow tree bark. Pour some wine and sugar on a cloth and wait... It may visit you', he smiles at me mischievously.

The next day I proceed according to his advice. For a long time nothing happens. The only creatures my sample attracts are big fat flies. Then, all of a sudden, a butterfly lands on the fragrant fermented surface! Like the Butterfly Collector, I capture it, though not with a net. The rushed snap comes out all blurry, but the hunter-gatherer thrill I receive will remain vivid with me long after.

***

Nasze wiejskie szwedzkie wakacje. Drewniany dom w stylu jak z IKEA, ogród pełen brzęczących owadów, rozświergotanych ptaków i cichaczem tuptających jeży. Połacie złotych zbóż, modrej kapusty i zielonej cebuli rozciągające się po horyzont. Na horyzoncie – Morze Bałtyckie.

Bałtyk tutaj jest płytki na kilka kilometrów od brzegu i - w tegorocznych upałach - ciepły jak zupa. Brzegi, jak nad jeziorem raczej niż nad morzem, porośnięte są trzciną, a plaże zdarzają rzadko. Zamiast nich liczne drewniane pomosty prowadzą wprost do wody.

Tego wieczoru jak zwykle wybieramy się na przechadzkę w stronę morza, do naszego okolicznego pomostu. Zbliżając się do nadbrzeża - piaszczystą drogą wiodącą pośród pól i podmokłych łąk - zauważamy, że dzieje się tam coś dziwnego. Ktoś ustawił na drodze przenośny generator, który brzęczy niczym gigantyczny trzmiel i dostarcza energii jasno świecącym lampom rozstawionym w kilku punktach łąki. Pod lampami leżą białe prześcieradła, a na nich - tekturowe pudełka po jajkach. Zadziwieni, podchodzimy bliżej.

Starszawy mężczyzna siedzi przy drewnianym piknikowym stole. Po krótkiej wymianie uprzejmości odkrywamy, że właśnie spotkaliśmy Kolekcjonera Motyli. Zaintrygowani, zadajemy mu coraz więcej pytań. Nawet nie zauważamy, kiedy i my zasiadamy przy piknikowym stole i popijamy kawę z termosu Kolekcjonera.

Kolekcjoner zbiera motyle odkąd skończył trznaście lat. Tego dnia przejechał dwieście kilometrów, by spędzić noc w tym konkretnym miejscu nieopodal naszego domu, czekając na ten konkretny gatunek nocnego motyla. Kolekcjoner przynosi z samochodu książkę i pokazuje nam zdjęcie motyla, dla którego tu dzisiaj przybył. Motyl jest mały, szary i niczym się nie wyróżnia. Patrzymy też na inne zdjęcia, a Kolekcjoner, przyjemnym głosem o melodyjnym szwedzkim akcencie, opowiada nam o każdym motylu, który przykuwa naszą uwagę.

Po szwedzku 'motyl' oznacza 'fjäril'. W Szwecji występuje ponad sto gatunków dziennych i ponad osiemset gatunków nocnych motyli.
- Czy te nocne motyle to ćmy? - pyta emr. 

- A! To zależy, jak definiujesz ćmę! - Kolekcjoner Motyli niecierpliwie wzrusza ramionami. Wyczuwamy, że problem zdefiniowania ćmy jest delikatny niczym dysputa z zakresu ontologii, więc czym prędzej porzucamy temat.

Na pożegnanie Kolekcjoner Motyli mówi, że ma dla mnie prezent. Ponownie otwiera książkę i tym razem wskazuje na motyla o białoniebieskich skrzydłach. 

- Ten nie karmi się pyłkiem kwiatowym, tylko sfermentowanymi sokami z kory wierzby. Nalej trochę wina na płótno, posyp cukrem i zaczekaj... może cię odwiedzi - uśmiecha się do mnie łobuzersko.

Następnego dnia postępuję dokładnie według jego wskazówek. Przez długi czas nic się nie dzieje. Jedyne owady, które przyciąga moja próbka, to duże tłuste muchy. Lecz nagle, ni stąd ni z owąd, motyl osiada na aromatycznej sfermentowanej powierzchni! Niczym Kolekcjoner Motyli próbuję go pochwycić, lecz nie za pomocą siatki. Pośpieszne zdjęcie wychodzi zamazane, za to wspomnienie zbieracko-łowieckiego dreszczu, którego doznaję, długo pozostaje wyraźne.